Brian Aldiss        Cieplarnia

    . 23 .    

   Gren osun�� si� na kolana i d�onie, na bole�nie uwieraj�ce kamienie przy wyj�ciu z jaskini. Docieraj�ce do� wra�enia z zewn�trznego �wiata stanowi�y kompletny chaos. Obrazy unosi�y si� jak para, k��bi�c si� w jego umy�le. Widzia� mur sk�adaj�cy si� z male�kich kom�rek, lepkich jak w plastrze miodu, wyrastaj�cych wok� niego ze wszystkich stron. Mimo �e mia� tysi�c r�k, nie zwali� nimi tego muru; d�onie wraca�y oblepione syropem, w kt�rym grz�z�y jego wszelkie wysi�ki. �ciana kom�rek zamyka�a si�, przerastaj�c ju� jego g�ow�. Pozosta�a w niej zaledwie jedna szczelina. Wygl�da� przez ni� na male�kie sylwetki odleg�e o wiele kilometr�w. Jedn� z nich by�a Yattmur. Kl�cz�c, przyzywa�a go gestami i p�aka�a, �e on nie mo�e do niej dotrze�. Zrozumia�, �e inne sylwetki to brzunio - brzuchy. W kolejnej rozpozna� Lily - yo, Prowodyrk� dawnej grupy. I jeszcze jedna, tamto wij�ce si� stworzenie - zmiarkowa�, �e to on sam, odgrodzony od swojej w�asnej cytadeli.

   Zwid zatar� si� i zanik�. Nieszcz�sny Gren upad� plecami na mur, a kom�rki zacz�y p�ka� jak �ona, wylewaj�c truj�ce substancje. Owe truj�ce substancje przybiera�y posta� ust, po�yskliwych, br�zowych warg emituj�cych sylaby, kt�re spada�y na niego g�osem smardza. Sypa�y si� ze wszystkich stron tak g�sto, �e przez chwil� odbiera� tylko wstrz�s uderze�, a nie znaczenie. Krzycza� skrzekliwie, dop�ki nie zda� sobie sprawy, �e smardz nie przemawia do niego z okrucie�stwem, lecz ze wsp�czuciem. Pr�bowa� opanowa� dr�enie i s�ucha�, o czym m�wi.

   - W zaro�lach Ziemi Niczyjej, gdzie �yje m�j gatunek, nie by�o takich stworze� jak ty - m�wi� smardz. - My�my �yli kosztem prymitywnych, ro�linnych stworze�. One egzystowa�y bez m�zgu, my byli�my ich m�zgami. Z tob� jest inaczej. Za d�ugo grzeba�em w kupie kompostu, jak� jest dziedzictwo twojej nie�wiadomo�ci. Ujrza�em w tobie tyle zadziwiaj�cych rzeczy, �e straci�em z oczu sw�j g��wny cel. Pojma�e� mnie, Gren, tak samo, jak ja pojma�em ciebie. Nadszed� jednak czas, kiedy musz� pami�ta� o swojej prawdziwej naturze. �ywi�em si� twoim �yciem, aby karmi� w�asne, tylko w ten spos�b potrafi� funkcjonowa�. Teraz osi�gn��em punkt krytyczny, dojrza�o��.

    - Nie rozumiem - g�ucho powiedzia� Gren.

   - Mam przed sob� alternatyw�. Niebawem musz� si� podzieli� i wyda� zarodniki, taki jest system mojej reprodukcji i mam nad nim niewielk� kontrol�. M�g�bym to zrobi� tutaj, licz�c na to, �e moje potomstwo jako� przetrwa na owej niego�cinnej g�rze pomimo deszczu, lodu i �niegu. Lub... m�g�bym przenie�� si� na nowego gospodarza.

   - Nie na moje dziecko.

   - Dlaczego nie? Laren to moja jedyna szansa. Jest m�ody i �wie�y, o wiele �atwiej b�dzie kierowa� nim ni� tob�. Co prawda jest jeszcze s�aby, ale oboje z Yattmur zapewnicie mu opiek�, dop�ki nie b�dzie w stanie sam zadba� o siebie. - Nie, je�li oznacza to opiek� r�wnie� nad tob�.

   Nim Gren doko�czy�, dosta� silny cios bezpo�rednio w m�zg, kt�ry rzuci� nim bole�nie o �cian� jaskini.

   - Oboje z Yattmur nie opu�cicie dziecka w �adnych okoliczno�ciach. Wiem o tym i czytam to w twoich my�lach. Wiem r�wnie�, �e przy pierwszej nadarzaj�cej si� okazji uciekniecie z tych ja�owych, nieszcz�snych stok�w w �yzne regiony �wiat�a. Pasuje to i do mojego planu. Czas nagli, cz�owieku. Ja musz� dzia�a� zgodnie ze swoimi potrzebami. Znaj�c w tobie, tak jak ja znam, ka�de w��kno, lituj� si� nad twoim b�lem, ale to si� dla mnie zupe�nie przestaje liczy�, kiedy wyst�pujesz przeciw mojej naturze. Ja musz� mie� zdolnego i najch�tniej bezrozumnego gospodarza, kt�ry zaniesie mnie pr�dko z powrotem do nas�onecznionego �wiata, bym si� m�g� tam rozsia�. Wi�c wybra�em Larena. To b�dzie najlepsze dla mego potomstwa, nie uwa�asz?

   - Ja umieram - j�kn�� Gren.

   - Jeszcze nie - zabrz�cza� smardz.

   Na p� u�piona Yattmur siedzia�a w g��bi jaskini brzunio - brzuch�w. Zaduch tego miejsca, skowyt g�os�w, szum ulewy na zewn�trz, wszystko to dzia�a�o na ni� ot�piaj�co. Drzema�a przy kupie zeschni�tych li�ci, na kt�rych spa� Laren. Wszyscy obecni w jaskini po�ywili si� pieczonym pi�rosk�rem, na p� spalonym nad buzuj�cym ogniem. Nawet dziecko zjad�o okruszyny.

   Kiedy si� zjawi�a, jak oszala�a, w wej�ciu jaskini, brzunio - brzuchy zaprosi�y j� do �rodka, pokrzykuj�c:

   - Chod�, cudowna pani przek�adanko, wejd� z padaj�cej mokro�ci spadaj�cych chmur! Wejd� przytuli� si� z nami i sprawi� ciep�o bez wody!

   - Co to za jedni? - Z niepokojem spojrza�a na o�miu g�ros�uch�w u�miechaj�cych si� i podskakuj�cych w miejscu na jej powitanie.

   Ogl�dani z bliska byli straszni, o g�ow� wy�si od ludzi. D�uga sier�� stercza�a im na szerokich ramionach jak grzywa. Cisn�li si� za plecami brzunio - brzuch�w i zaczynali ju� okr��a� Yattrnur, szczerz�c z�by i pokrzykuj�c do siebie w przedziwnym narzeczu. Nigdy nie widzia�a tak przera�aj�cych twarzy. Mieli d�ugie szcz�ki, niskie brwi, ryje oraz kr�tkie, ��te brody, uszy za� sp�ywa�y po ich k�dzierzawym futrze jak kawa�y �ywego mi�sa. Ruchy mieli szybkie i nerwowe, a twarze robi�y wra�enie niespokojnych; d�ugie rz�dy ostrych k��w to pojawia�y si�, to znika�y mi�dzy popielatymi wargami, gdy g�ros�uchy zasypywa�y j� pytaniami.

   - Ty trryk ty mieszkasz tu? Na Wielkim Stoku ty trrap traperr mieszkasz? Z brzunio - brzuchami z brzunio - brzuchami mieszkasz? Ty z nimi wraz trryker trakerr wsp� - p�odzi� spa� p�dzi� by� na Wielkim Wielkim Stoku? - zarzuci� Yattmur tym gwa�townym gradem pyta� jeden z najro�lejszych g�ros�uch�w, przez ca�y czas stroj�c przed ni� miny i podskakuj�c. G�os mia� tak chropowaty i gard�owy, �e z trudem dociera�y do niej posiekane szcz�kni�ciami s�owa. Tykker takker tak ty mieszkasz na Wielkim Czarnym Stoku?

    - Tak, mieszkam na tej g�rze, odpar�a nie okazuj�c strachu. - A wy gdzie mieszkacie? Z jakiego jeste�cie plemienia?

   W odpowiedzi wywali� na ni� capie oczy, a� wysz�a wok� nich otoczka czerwonej chrz�stki, po czym zamkn�� je mocno, rozdziawi� przepastne szcz�ki i wyda� wysok�, gdakliw� harmoni� sopranowych d�wi�k�w.

   - Ludzie futroszorstki s� bogami, cudownymi szorstkimi bogami, pani przek�adanko - wyja�ni�y brzunio - brzuchy, wszystkie trzy podryguj�c przed ni� i przepychaj�c si� jeden przed drugiego w udr�ce, bo ka�dy chcia� pierwszy zdj�� przed ni� ci�ar ze swego serca. - Ludzie futroszorstki nazywaj� si� futroszorstkami. S� naszymi bog�mi, nasza pani, poniewa� biegli po ca�ym stoku Wielki Stok, aby zosta� bogami drogich kochanych brzunio - ludzi. Oni s� bogami, bogami s� wielkimi, straszliwymi bogami, pani przek�adanko. Oni maj� OGONY!

   To ostatnie zdanie wykrzykn�li tryumfalnie i zacz�li biega� woko�o jaskini, wyj�c i wrzeszcz�c.

   Rzeczywi�cie futroszorstki mia�y ogony, kt�re stercza�y im z zadk�w pod dziarskim k�tem. Brzunio - brzuchy ugania�y si� za nimi, pr�buj�c poci�gn�� i uca�owa� owe ogony. Yattmur pr�bowa�a si� wycofa�, gdy Laren, do tej chwili wpatrzony w to wszystko szeroko otwartymi oczami, podni�s� wrzask co si� w p�ucach. Pl�saj�ce figury ma�powa�y go, wtr�caj�c swoje w�asne okrzyki i pienia:

   - Szata�ski tan na Wielkim Stoku, Wielkim Stoku. K�y mnogie k�y k�saj� - kl� - dr� cie� czy dzie� na Wielkim Stoku. Brzunio - brzucho - bracia wy�piewuj� ogonom bog�w futroszorstk�w. Ogrom dra�skich dra�stw do wy�piewania na Szata�skim Stoku. Chrup i �paj i chlaj, gdy ulewa leje, lej. Ju... ju... juuhhuuu!

   Galopowali przed Yattmur, wtem jeden z dzikszych futroszorstk�w wyrwa� jej z ramion Larena. Krzykn�a rozpaczliwie - i tyle go widzia�a - przestraszon�, rumian� buzi� w locie. D�ugoszcz�kie stworzenia rzuca�y nim mi�dzy sob� to wysoko, to nisko, to uderzaj�c prawie o ziemi�, to niemal zawadzaj�c dzieckiem o strop, poszczekuj�c przy tym i za�miewaj�c si� z rozbawieniem.

   Oburzona Yattmur rzuci�a si� na najbli�szego futroszorstka. Szarpn�a za d�ugie, bia�e futro i poczu�a, jak drgn�y pod nim mi�nie, gdy stworzenie si� obr�ci�o. Sk�rzasta szara d�o� wystrzeli�a ku niej, pakuj�c jej dwa palce w nozdrza, i pchn�a. No�yce b�lu ci�y j� mi�dzy oczy Wygi�a si� w ty�, unosz�c d�onie do twarzy, i utraciwszy r�wnowag�, run�a na ziemi�. Futroszorstek by� na niej w jednej chwili. Natychmiast przywalili ich pozostali. To uratowa�o Yattmur. Zapomniawszy o niej, futroszorstki wszcz�y b�jk� mi�dzy sob�. Wyczo�ga�a si� spod nich na ratunek Larenowi, kt�ry bez szwanku le�a� teraz oszo�omiony na ziemi. Przytuli�a go do siebie, pochlipuj�c z ulg�. Ma�y rozp�aka� si�, lecz kiedy Yattmur trwo�liwie popatrzy�a doko�a, stwierdzi�a, �e futroszorstki nie pami�taj� ani o niej, ani o b�jce i spokojnie zabieraj� si� do pieczenia pi�rosk�ra.

   - Och, nie miej mokrego deszczu w oczach, �liczna pani przek�adanko - us�ysza�a t�ocz�cych si� przy niej brzucho - ludzi, kt�rzy poklepywali j� niezdarnie i pr�bowali pog�aska� po w�osach.

   Niepokoi�a j� ich poufa�o��, kiedy Grena nie by�o w pobli�u, lecz powiedzia�a �ciszonym g�osem:

   - Skoro tak bardzo bali�cie si� Grena i mnie, to dlaczego nie �ywicie l�ku przed tymi strasznymi stworzeniami? Czy nie widzicie, jak s� niebezpieczne?

   - Czy� nie widzisz, jakie ci bogowie szorstkiego futra maj� ogony? Tylko ogony rosn�ce na ludziach maj� ludzie z ogonami, aby sta� si� bogami biednych brzunio - brzucho - braci.

   - Oni was zabij�.

   - Oni s� naszymi bogami, wi�c my sprawiamy sobie szcz�cie, by zabili nas tylko bogowie z ogonami. Tak, oni maj� ostre z�by i ogony! Tak, a z�by i ogony s� z ostro�ci. - Jeste�cie jak dzieci, a oni s� niebezpieczni.

   - Ahaa, bogowie futroszorstki nosz� niebezpiecze�stwo w swych g�bach na z�by Jednak z�by nie wyzywaj� nas okrutnymi s�owami jak ty i Gren, t�ga g�owa. Lepiej mie� weso�� �mier�, o pani!

   Yattmur spojrza�a na grup� futroszorstk�w ponad kosmatymi ramionami st�oczonych przy niej brzunio - brzuch�w. Chwilowo byli prawie spokojni, zaj�ci rozdzieraniem jednego z pi�rosk�r�w i pakowaniem go do pysk�w. Kr��y�a mi�dzy nimi wielka, sk�rzana flasza, z kt�rej �ykali kolejno w�r�d rozlicznych swar�w. Yattmur spostrzeg�a, �e nawet ze sob� porozumiewaj� si� �amanym j�zykiem u�ywanym przez brzunio - brzuchy.

    - Jak d�ugo tu zostan�? - zapyta�a.

   - Oni cz�sto zostaj� w jaskini, poniewa� kochaj� nas w jaskini - odpowiedzia� jeden z brzunio - brzuch�w, g�adz�c j� po ramieniu.

   - Byli tu przedtem?

   T�uste oblicza roze�mia�y si�.

   - Przychodz� spotyka� nas przedtem i znowu, i znowu, poniewa� kochaj� kochanych brzunio - brzucho - ludzi. Ty i �owca Gren nie kochacie kochanych brzunio - brzucho - ludk�w, wi�c my p�aczemy na Wielkim Stoku. A futroszorstki niebawem nas zabior�, aby�my znale�li zielon� brzucho - mam�. Tak, tak, futroszorstki nas zabior�.

   - Opuszczacie nas?

   - Odchodzimy od was, by zostawi� was na zimnym i wstr�tnym, ciemnym Wielkim Stoku, wielkim i ciemnym, poniewa� boskie szorstki zabieraj� nas do male�kiego zielonego miejsca z ciep�ymi brzunio - mamami, gdzie stoki nie mog� zamieszka�.

   W gor�cu i smrodzie, z zap�akanym Larenem, Yattmur by�a coraz bardziej oszo�omiona. Zmusi�a ich do powt�rzenia tego wszystkiego raz jeszcze, co zrobili ze swad�, a� ich my�l sta�a si� dla niej nazbyt jasna. Od d�ugiego ju� czasu Gren nie potrafi� ukry� swej nienawi�ci do brzunio - brzuch�w. Owa niebezpieczna ryjowata nowa rasa zobowi�za�a si� zabra� ich ze zbocza z powrotem do kt�rego� z tamtych mi�sistych drzew, kt�re utrzymywa�y i zniewala�y brzunio - brzucho - ludzi. Yattmur czu�a instynktownie, �e nie mo�na ufa� g�ros�uchom, ale nie wiedzia�a, jak przekona� o tym brzunio - brzuchy. Zrozumia�a, �e ona, jej dziecko i Gren niebawem zostan� sami na tej g�rze. Znu�ona niedol� o tylu obliczach rozp�aka�a si�. Brzunio - ludzie otoczyli j� cia�niej, nieudolnie pr�buj�c ukoi� dmuchaniem w twarz, klepaniem po piersiach, �askotaniem, strojeniem min do dziecka. By�a zbyt nieszcz�liwa, by oponowa�.

   - P�jd� z nami do zielonego �wiata, pani przek�adanko, aby znale�� si� znowu daleko od ogromnego Wielkiego Stoku z nami cudownymi kolegami - mamrotali. - Damy ci cudowne spania z nami.

   O�mieleni jej apati�, pocz�li dobiera� si� do intymniejszych cz�ci jej cia�a. Yattmur nie stawia�a oporu i kiedy zaspokoili swoj� niewyszukan� chu�, pozostawili j� sam� w k�cie. Po pewnym czasie jeden z nich wr�ci�, przynosz�c jej kawa� pieczonego pi�rosk�ra. �uj�c, przemy�liwa�a: Gren zabije tym grzybem moje dziecko. Musz� wi�c zaryzykowa� dla dobra Larena i odej�� z brzunio - brzuchami. Podj�wszy t� decyzj�, poczu�a si� lepiej i zapad�a w drzemk�.

   Obudzi� j� p�acz Larena. Wyjrza�a z jaskini. Nigdy nie widzia�a takiej ciemno�ci. Deszcz chwilowo usta�, atmosfer� wype�nia� teraz grzmot, tocz�cy si� mi�dzy ziemi� a ci�k� chmur� jakby w poszukiwaniu uj�cia. Brzunio - brzuchy spa�y razem z futroszorstkami, zbite w niewygodn� gromadk�, budzone co chwila jakimi� ha�asami. W skroniach czu�a pulsowanie, pomy�la�a, �e przenigdy nie za�nie w tym ba�aganie. Ale w chwil� p�niej Laren przytuli� si� do niej i oczy same jej si� zamkn�y.

   Po jakim� czasie obudzi�y j� futroszorstki. Laren spa�. Zostawiwszy dziecko na stosie zeschni�tych li�ci, posz�a zobaczy�, co si� dzieje. Zrejterowa�a natychmiast po spotkaniu oko w oko z futroszorstkami. Dla os�ony g��w przed padaj�cym znowu ulewnym deszczem za�o�yli he�my z tykw, takich samych, jakich Yattmur u�ywa�a do gotowania i mycia. W tykwach wyci�to otwory na uszy, oczy i ryje. Lecz he�my owe by�y za du�e na futrzaste �by i telepa�y si� z boku na bok, nadaj�c futroszorstkom wygl�d popsutych lalek. I to, i fakt, �e tykwy by�y niezdarnie pomalowane na r�ne kolory, przydawa�o futroszorstkom groteskowo�ci zaprawionej groz�.

   Wybiegaj�cej w strugi deszczu Yattmur zagrodzi�o drog� jedno z tych stworze� z kiwaj�c� si� drewnian� g�ow�.

    - Taktrakker ter ty dalej �pij w jaskini snu, pani matko. Przez drop krop deszcz id� z�e z�a dla nas kumpli �le. Wi�c my kli� i k�u� i drze�. Lep jup jej lepiej wiej ty trup trap na k��w znak.

   Cofn�a si� przed jego �apami, s�ysz�c b�bnienie deszczu w toporny he�m, przemieszane z zaskakuj�c� seri� warkni��, szczekni�� i s��w.

   - Dlaczego nie mog� tu zosta�? - zapyta�a. - Czy�by�cie si� mnie obawiali? Co tu si� dzieje?

   - Chap - hopaj - chwat, hopsa, chap, chlap, i chapnie ci�. Grrr niechaj ci� chapnie!

   G�ros�uch popchn�� Yattmur i polecia� przy��czy� si� do towarzyszy. Okryte he�mami stworzenia skaka�y woko�o swych sa�, k��c�c si� przy wybieraniu �uk�w i strza�. Przytulone do siebie trzy brzunio - brzuchy sta�y tu� przy nich i wskazywa�y w d� stoku.

   Przyczyn� ca�ej tej gor�czki by�a grupka postaci zbli�aj�cych si� powoli ku Yattmur. Mru�y�a oczy w ulewie, s�dz�c pocz�tkowo, �e nadchodz� tylko dwie istoty, ale wkr�tce grupa rozdzieli�a si� na trzy i �eby tak mia�a skona�, nie wiedzia�a, czym mog�y by� w swej dziwaczno�ci. Ale futroszorstki wiedzia�y

   - Chap - hopaj - chwat, chap - hopaj - chwat! Harpi chwytny chybki chwat! - wo�ali i wydawa�o si�, �e ogarnia ich coraz wi�ksze szale�stwo.

   Lecz zbli�aj�ce si� w deszczu trio, mimo ca�ej swej niesamowito�ci, nawet dla Yattmur nie wygl�da�o gro�nie. Futroszorstki jednak w gor�czce wy�azi�y ze sk�ry, a kilku zacz�o ju� mierzy� z �uk�w poprzez zas�on� deszczu.

   - Sta�! Nie r�bcie im krzywdy, niech przyjd�! - zawo�a�a Yattmur. - Nic nam nie mog� zrobi�.

   - Chap - hopaj - chwat! I ty trry ty sza pani nie b�d� z�em, bo ci� zje! - wo�ali niewyra�nie z podekscytowania.

   Jeden z g�ros�uch�w zaatakowa� Yattmur bykiem, trafiaj�c j� tykwowym he�mem w rami�. Ze strachu zawr�ci�a i pu�ci�a si� biegiem, z pocz�tku na o�lep, ale z ka�d� chwil� widzia�a cel coraz wyra�niej. Nie da rady futroszorstkom, ale mo�e Gren ze smardzem sobie z nimi poradz�. Chlupi�c i chlapi�c, bieg�a z powrotem do swej w�asnej jaskini. Bez zastanowienia wpad�a do �rodka.

   Pod �cian� u wej�cia sta� na po�y ukryty Gren. Min�a go, nim sobie zda�a z tego spraw�; kiedy zawr�ci�a, zacz�� si� do niej przybli�a�. Wstrz��ni�ta jego widokiem krzycza�a bezradnie, szczerz�c z�by przez szeroko rozci�gni�te usta. Powierzchnia grzyba by�a teraz czarna, pokryta b�blami; smardz ze�lizn�� si� w d�, pokrywaj�c Grenowi ca�� twarz. Tylko oczy �wieci�y niezdrowo ze �rodka, kiedy na ni� skoczy�. Osun�a si� na kolana. Widok owej wielkiej, rakowatej naro�li na ramionach Grena tak dalece pozbawi� j� odwagi, �e potrafi�a si� zdoby� jedynie na ledwie s�yszalne westchnienie:

   - Och, Gren!

   Nachyliwszy si�, chwyci� j� brutalnie za w�osy. Fizyczny b�l tego szarpni�cia rozja�ni� jej umys� i cho� dygota�a jak osuwaj�cy si� stok, odzyska�a jasno�� widzenia.

   - Gren, ten grzybiasty stw�r ci� zabija - wyszepta�a.

   - Gdzie jest dziecko? - zapyta�. Jego g�os, jakkolwiek przyt�umiony, te� pobrzmiewa� obc� nut�, brz�kliwym tonem, kt�ry stanowi� jeszcze jeden pow�d do obawy - Co zrobi�a� z dzieckiem, Yattmur?

   Skuli�a si�.

   - M�wisz, jakby� ju� nie by� sob�, Gren. Co si� sta�o? Wiesz, �e ci� nie nienawidz�, powiedz mi, o co chodzi, �ebym te� mog�a zrozumie�.

   - Dlaczego nie przynios�a� dziecka?

    - Ty ju� nie jeste� Grenem. Jeste�... jeste� teraz jakby smardzem, prawda? M�wisz jego g�osem.

   - Yattmur, potrzebne mi jest dziecko. Mimo �e trzyma� j� wci�� za w�osy, d�wign�a si� na nogi i powiedzia�a najspokojniej, jak tylko mog�a:

   - Powiedz mi, po co ci Laren?

   - Dziecko jest moje i potrzebuj� go. Gdzie je zostawi�a�? Wskaza�a w mrok jaskini.

   - Nie b�d� g�upi, Gren. Le�y z ty�u za tob� w g��bi jaskini, �pi jak zabity.

   W momencie, kiedy odwr�ci� od niej uwag�, spogl�daj�c za siebie, wyrwa�a mu si� z u�cisku i da�a nura pod jego ramieniem. Z piskiem przera�enia wypad�a na dw�r.

   Znowu deszcz zala� jej twarz, sprowadzaj�c j� z powro_ tem na �wiat, kt�ry opu�ci�a na chwil� zaledwie, chocia� tamten straszliwy, przelotny widok Grena zdawa� si� trwa� wieki. Z miejsca, gdzie si� znajdowa�a, zbocze g�ry przes�ania�o dziwaczne trio nazywane przez futroszorstki chap - hopaj - chwatem, ale widzia�a wyra�nie grup� przy saniach. Jak na �ywym obrazie brzunio - brzuchy i futroszorstki znieruchomia�y, patrz�c w jej kierunku, zaalarmowane jej krzykami. Mimo ca�ej ich absurdalno�ci pobieg�a do nich z rado�ci�. Dopiero b�d�c w�r�d nich, obejrza�a si� za siebie.

   Gren wyszed� przed jaskini�. Posta� chwil� niezdecydowanie, zawr�ci� i znikn�� w �rodku. Futroszorstki mamrota�y i papla�y mi�dzy sob�, wyra�nie przestraszone tym, co zobaczy�y Wykorzystuj�c ten moment, Yattmur wskaza�a za siebie, na jaskini�, Grena i powiedzia�a:

    - Je�eli mnie nie pos�uchacie, m�j straszliwy m�� ze straszliw� g�bczast� g�b� przyjdzie i was po�re. A teraz pozw�lcie tamtym innym ludziom podej�� i nie zr�bcie im krzywdy, dop�ki nam nie zagra�aj�.

   - Chap - hopaj - chwat nie chap ch�ap dobry! - wybuchn�y futroszorstki.

   - R�bcie, jak ka��, inaczej g�bczasta g�ba po�re was, uszy, futro, wszystko.

   Trzy wolno sun�ce postacie znalaz�y si� ju� bli�ej. Dwie z nich przypomina�y sylwetki ludzi, tyle �e niezwykle chudych, jakkolwiek niesamowite jasnobr�zowe �wiat�o przenikaj�ce wsz�dzie zaciera�o szczeg�y Yattmur intrygowa�a najbardziej posta� zamykaj�ca poch�d. Chocia� porusza�a si� na dw�ch nogach, znacznie odbiega�a od swoich towarzyszy wy�szym wzrostem i olbrzymi� na oko g�ow�. Czasami wydawa�o si�, �e ma drug� g�ow� pod pierwsz�, �e ma ogon i maszeruje z d�o�mi zaci�ni�tymi na g�rnej czaszce. Lecz ulewa, kt�ra cz�ciowo przes�ania�a widok, przydawa�a jednocze�nie owej postaci iskrz�cej aureoli rykoszetuj�cych kropel deszczu.

   Dziwaczna tr�jka przystan�a nagle, wystawiaj�c cierpliwo�� Yattmur na pr�b�. Nie zwracali na ni� uwagi, mimo �e przywo�ywa�a ich, by podeszli. Stali w absolutnym bezruchu na zalanym deszczem stoku. Stopniowo kontury jednej z ludzkich postaci zacz�y si� zamazywa�, stawa�a si� coraz bardziej przezroczysta, a� znikn�a. Zar�wno brzunio - brzuchy, jak i futroszorstki milcza�y, najwyra�niej pod wra�eniem gr�b Yattmur. Na owo znikni�cie podnios�y szum, jakkolwiek futroszorstki nie okazywa�y wielkiego zaskoczenia.

    - Co si� tam dzieje? - zapyta�a Yattmur kt�rego� z brzunio - brzuch�w.

   - Bardzo dziwna rzecz do us�yszenia, pani przek�adanko. Kilka bardzo dziwnych rzeczy. Przez wstr�tny mokry deszcz przysz�o dwoje ducholi i wstr�tne stworzenie chap - hopaj - chwat wstr�tnie hopsaj�ce w mokrym deszczu na ducholu numer trzy Wi�c boskie futroszorstki p�acz� od wielu z�ych my�li!

   To, co us�ysza�a, nie mia�o dla niej wi�kszego sensu. Nagle rozz�o�ci�a si� na nich.

   - Ka� futroszorstkom wraca� spokojnie do jaskini. Id� spotka� si� z tymi nowymi lud�mi.

   - Ci pi�kni szorstcy bogowie nie robi� tego, co ka�esz, ty nie maj�ca ogona - odpar� brzunio - brzuch, lecz Yattmur ju� go nie s�ucha�a. Ruszy�a, wyci�gaj�c ramiona, z otwartymi d�o�mi, aby pokaza�, �e nie ma wrogich intencji. Kiedy tak sz�a przed siebie, ulewa s�ab�a, przechodz�c w m�awk�, a� wreszcie usta�a. Obydwa stworzenia sta�y si� wyra�niej widoczne i nagle okaza�o si�, �e zn�w jest ich troje. Mgliste zarysy nabra�y kszta�t�w, przyjmuj�c zn�w posta� chudej istoty ludzkiej przypatruj�cej si� Yattmur identycznym jak dwoje jej towarzyszy spojrzeniem. Yattmur przystan�a, zaniepokojona ow� zjaw�. Na to ruszy�a naprz�d p�kata figura, przepychaj�c si� mi�dzy dwoma towarzyszami i wo�aj�c:

   - Stworzenia wiecznie zielonego wszech�wiata, Sodal Ye z chap - hopaj - chwat�w przybywa do was z prawd�! Wasza sprawa, czy jeste�cie gotowi na jej przyj�cie!

   G�os by� g��boki i dojrza�y, jakby w�drowa� przez pot�ne gard�o i odbija� si� od podniebienia, zanim sta� si� d�wi�kiem. Pod os�on� tego �agodnego tonu nadchodzi�y i tamte dwie ludzkie postacie. Yattmur przekona�a si�, �e to rzeczywi�cie ludzie - w istocie by�y to dwie kobiety z bardzo prymitywnej rasy, go�e jak je Pan B�g stworzy�, je�li nie liczy� zawi�ych tatua�y na cia�ach i wyrazu nieprzezwyci�onej g�upoty na twarzach. Poczuwaj�c si� do jakiej� odpowiedzi, Yattmur pok�oni�a si�, m�wi�c:

    - Je�li przybywacie w pokoju, witajcie na naszej g�rze. P�kata figura wyda�a nieludzki ryk tryumfu i oburzenia.

    - G�ra nie nale�y do ciebie! Ta g�ra, ten Wielki Stok, owa naro�l z ziemi, ska�y i kamieni, c i e b i e posiada na w�asno��! Ziemia nie jest twoja: t y jeste� stworzeniem ziemi.

    - Zbyt szeroko pojmujesz sens mej wypowiedzi - odpar�a poirytowana Yattmur.

    - Wszystko nale�y pojmowa� szeroko - brzmia�a odpowied�, kt�rej Yattmur ju� nie s�ucha�a; ryk postaci wywo�a� tumult za jej plecami. Odwr�ciwszy si�, zobaczy�a, jak futroszorstki szykuj� si� do drogi. W�r�d pisk�w i potr�ca�, popychaj�c jeden drugiego, obraca�y sanie, by ustawi� je w d� zbocza.

    - Zabierzcie nas ze sob� jad�cych albo biegn�cych powoli przy waszej cudownej je�d��cej machinie! - krzycza�y brzunio - brzuchy, miotaj�c si� szale�czo woko�o, a nawet tarzaj�c w b�ocie przed swymi strasznolicymi bogami. - Och, prosimy, zabijcie nas cudown� �mierci�, tylko zabierzcie nas ze sob�, uciekaj�c i odje�d�aj�c daleko od tego Wielkiego Stoku. Zabierzcie nas daleko od tego Wielkiego Stoku z przek�adankami, a teraz z tym wielkim rycz�cym chrypi - hopaj - chwatem! We�cie nas, we�cie nas, okrutni, cudowni bogowie szorstkich bog�w!

    - Nie, nie, nie. Brryk bryk brrykajcie st�d pe�zaj�cy ludzie. Szparko idziemy i wr�cimy po was wkr�tce w spokojny czas! - wo�a�y futroszorstki, ganiaj�c woko�o.

   Wszystko by�o w ruchu. Pomimo wyra�nego chaosu i ba�aganu futroszorstki b�yskawicznie ruszy�y biegiem obok sa� i za nimi, pchaj�c i hamuj�c, kiedy trzeba, przesadzaj�c sanie i wskakuj�c na nie, wrzeszcz�c, paplaj�c, podrzucaj�c i �api�c swoje he�my z tykw; i tak sun�y szybko po nier�wnym terenie w kierunku mrok�w doliny. Z ca�ego serca op�akuj�c sw�j los, opuszczone brzunio - brzuchy przekrad�y si� chy�kiem do swej jaskini, odwracaj�c oczy od przybysz�w.

   Kiedy ucich�y pohukiwania futroszorstk�w, Yattmur us�ysza�a p�acz dziecka w jaskini. Zapominaj�c o wszystkim, pobieg�a po nie i ko�ysa�a dop�ty, dop�ki nie zagrucha�o do niej rado�nie, po czym wynios�a je na zewn�trz, by raz jeszcze rozm�wi� si� z p�kat� postaci�.

   Rozpocz�a ona oracj� natychmiast po zjawieniu si� Yattmur.

   - Tamte z�bo - szorstki, futroszorstki pierzch�y przede mn�. Idioci o li�ciom�zgach, i tyle, zwierz�ta z ropuchami w g�owach. Co im z tego, �e mnie teraz nie wys�uchaj �, przyjdzie czas, �e b�d� musia�y s�ucha�. Ich rasa przeminie jak g�os z wiatrem.

   W trakcie tej przemowy Yattmur obserwowa�a stworzenie ze wzrastaj�cym zdumieniem. Nie mog�a si� w nim na dobre rozezna�, poniewa� jego g�owa, olbrzymi rybokszta�tny organ z szerok� doln� warg� wywini�t� do do�u tak dalece, �e prawie maskowa�a brak podbr�dka, pozostawa�a w dysproporcji do reszty cia�a. Nogi wygl�da�y na ludzkie, tyle �e krzywe, ramiona uniesione i nieruchomo zaci�ni�te za uszami; z piersi stercza�a w�ochata naro�l na kszta�t g�owy. Raz po raz miga� przelotnie zwisaj�cy z ty�u wielki ogon. Para tatuowanych kobiet sta�a przy tym osobniku, patrz�c martwo przed siebie. Zdawa�y si� nic nie widzie� i nie my�le�, niezdolne do jakiejkolwiek czynno�ci bardziej skomplikowanej ni� oddychanie.

   Ni st�d, ni zow�d p�kata posta� przerwa�a tyrad� i spojrza�a w g�r� na g�ste chmury, kt�re przes�ania�y s�o�ce.

   - Spoczn� sobie - powiedzia�a. - Znajd�cie mi odpowiedni kamie�, kobiety. Wkr�tce niebo si� przeja�ni i wtedy zobaczymy, co b�dziemy widzieli.

   Rozkaz nie dotyczy� ani Yattmur, ani brzunio - brzuch�w, kt�re zbi�y si�, niepocieszone, w gromadk� przed wylotem swej jaskini, lecz adresowany by� do wytatuowanych kobiet. Patrzyli, jak posta� si� oddala ze swoj� �wit�. W zwalisku g�az�w nieopodal znajdowa� si� jeden ogromny kamie� z p�askim wierzcho�kiem. Przy nim zatrzyma� si� dziwny orszak. P�kata posta� rozpad�a si� na dwoje: kobiety unios�y g�rn�, p�ask� cz�� o rybim kszta�cie i po�o�y�y na g�azie; druga, dolna po�owa sta�a zgi�ta obok. Yattmur zapar�o dech, jednocze�nie za jej plecami rozleg� si� j�k grozy brzunio - ludzi, poganiaj�cych si� nawzajem do jaskini. P�katy chap - hopaj - chwat, jak go nazywa�y futroszorstki, sk�ada� si� z dw�ch odr�bnych stworze�! Ogromny rybi kszta�t, bardzo podobny do jednego ze z�otoryb�w, jakie widywa�a podczas podr�y przez pustkowia oceanu, d�wigany by� przez starego, przygarbionego m�czyzn�.

    - Jeste� dwoma lud�mi! - wykrzykn�a.

   - Nie jestem zaiste! - powiedzia� ze swej p�yty delfinostw�r. - Znany jestem jako Sodal Ye, najwi�kszy ze wszystkich sodali w�r�d chap - hopaj - chwat�w, prorok G�r Nocnej Strony, kt�ry przynosi ci s�owo prawdy Czy jeste� obdarzona inteligencj�, kobieto?

   Obie wytatuowane kobiety skupi�y si� przy m�czy�nie nosicielu. Dawa�y mu jakie� znaki d�o�mi, nie m�wi�c przy tym ani s�owa. Jedna z nich co� pomrukiwa�a. Co do m�czyzny, to najwidoczniej trudzi� si� owym noszeniem przez wiele sezon�w owocowania. Chocia� ci�ar znikn�� z jego ramion, cz�ek �w pozosta� przygi�ty, jakby ci�gle d�wiga�, stoj�c niczym pos�g strapienia, i swymi wyschni�tymi r�kami wci�� obejmowa� powietrze nad sob�, z przygarbionym grzbietem, z oczami wbitymi w ziemi�. Od czasu do czasu przesuwa� si� na inne miejsce, poza tym tkwi� nieruchomo.

   - Zapyta�em ci�, czy jeste� obdarzona inteligencj�, kobieto - powt�rzy�a istota nazywaj�ca siebie Sodal Ye g�osem soczystym jak w�troba. - M�w, skoro umiesz m�wi�.

   Yattmur oderwa�a spojrzenie od owego przera�liwego tragarza.

   - Czego tutaj szukasz? Czy przybywasz z pomoc�? - Powiedziane jak przysta�o cz�owieczej kobiecie!

   - Te twoje kobiety nie wygl�daj� na gadatliwe!

   - One nie s� lud�mi! Nie potrafi� m�wi�, o czym powinna� wiedzie�. Czy�by� nigdy przedtem nie spotka�a nikogo z tatuowanego plemienia oraboli? Tak czy owak, dlaczego prosisz Sodala Ye o pomoc? Jestem prorokiem, nie s�ug�. Masz k�opoty?

    - Ogromne. Mam m�a, kt�ry... Sodal Ye plasn�� jedn� p�etw�.

   - Stop. Nie zawracaj mi teraz g�owy swoimi historiami. Sodal Ye ma znacznie wa�niejsze sprawy na g�owie, jak chocia�by obserwacja pot�nego nieba, morza, w kt�rym unosi si� to drobne nasienie Ziemi. Ten oto Sodal jest g�odny. Nakarm mnie, a pomog� ci, je�li potrafi�. M�j umys� jest najpot�niejszy ze wszystkiego na planecie.

   Yattmur pu�ci�a mimo uszu przechwa�k� i wskaza�a na jego barwny orszak.

   - Co z twoimi wsp�towarzyszami, czy� oni r�wnie� nie s� g�odni?

   - Niech ci� o nich g�owa nie boli, kobieto, oni jedz� okruchy po Sodalu Ye.

   - Wszystkich was nakarmi�, je�li naprawd� zechcesz mi pom�c.

   Zerwa�a si�, nie bacz�c na now� przemow�, kt�r� rozpocz��. Yattmur wyczuwa�a, �e w przeciwie�stwie do futroszorstk�w jest to stworzenie, z kt�rym si� dogada, pr�na, inteligentna istota maj�ca przecie� sw�j s�aby punkt. Widzia�a wyra�nie, �e wystarczy tylko zabi� tragarza, by Sodal zosta� zdany na jej �ask�, gdyby zasz�a taka konieczno��. Spotkanie kogo�, z kim mog�a negocjowa� z pozycji si�y, dzia�a�o jak �rodek krzepi�cy; by�a zreszt� pe�na dobrej woli wobec Sodala.

   Brzunio - brzucho - ludzie byli zawsze czuli dla Larena jak matka. Powierzy�a im dziecko, dopilnowawszy, by si� usadowili wygodnie, nim zakrz�tn�a si� wok� strawy dla swych niecodziennych go�ci. Nie zwraca�a uwagi na ociekaj�ce wod� w�osy ani na ubranie, kt�re zaczyna�o ju� na niej podsycha�. Wsadzi�a do tykwy resztki pi�rosk�ra z poprzedniej biesiady, wraz z innymi wiktua�ami zebranymi przez brzunio - brzuchy: kie�kami szczud�ak�w, orzechami, w�dzonymi grzybami, jagodami i mi�sistymi owocami. Druga tykwa sta�a wype�niona wod� skapuj�c� ze szczeliny w skle_ pieniu. Wod� te� wynios�a.

   Sodal Ye wci�� spoczywa� na swym kamieniu. Sk�pany w tajemniczym, kremowym �wietle, nie odrywa� oczu od s�o�ca. Postawiwszy przy nim jedzenie, Yattmur spojrza�a w tym samym kierunku. Chmury si� rozst�pi�y. S�o�ce wisia�o nisko ponad mrocznym i dzikim morzem krajobrazu. Zmieni�o nieco kszta�t, sp�aszczone przez atmosfer�, lecz �adne z�udzenie optyczne nie mog�o stanowi� wyt�umaczenia dla ogromnego, czerwono - bia�ego skrzyd�a, prawie tak du�ego jak macierzyste cia�o.

   - Och, b�ogos�awiona �wiat�o�� rozwija skrzyd�o, aby odlecie� i zostawi� nas! - zawo�a�a Yattmur.

   - Nic ci jeszcze nie grozi, kobieto - o�wiadczy� Sodal Ye. Przewidzia�em to. Nie martw si�. Wi�cej po�ytku b�dzie, je�li podasz mi jedzenie. Kiedy opowiem ci o p�omieniach, kt�re maj� w�a�nie poch�on�� nasz �wiat, zrozumiesz wszystko, ale musz� si� naje�� przed kazaniem.

   Lecz ona utkwi�a spojrzenie w dziwnym obrazie na niebie. Oko burzy przesun�o si� ze strefy zmierzchu w rejony pot�nego figowca. Chmury na�o�y�y si� kremow� warstw� na purpur� ponad lasem, b�yskawice miga�y prawie bez ustanku. A po�rodku tego wisia�o zdeformowane s�o�ce.

   Ponaglona wo�aniem Sodala, bynajmniej nie uspokojona Yattmur poda�a mu jedzenie. W tym momencie jedna z dw�ch wyn�dznia�ych kobiet zacz�a znika� ze swego miejsca. Zafascynowanej tym widokiem Yattmur omal nie wylecia�y z r�k tykwy. Po kr�tkiej bardzo chwili kobieta by�a ju� tylko smug�. Pozosta�y zaledwie linie jej tatua�u, gryzmo�y bez znaczenia zawieszone w powietrzu. Po czym i one rozp�yn�y si�, znik�y Scena zamar�a. Z wolna powraca�y tatua�e, a po nich kobieta o pustych oczach, chuda jak przedtem. Wykona�a d�o�mi gest do swej towarzyszki. Druga kobieta zwr�ci�a si� do Sodala, wypowiadaj�c dwie czy trzy zlane ze sob� sylaby

   - �wietnie! - wykrzykn�� Sodal, bij�c swym d�ugim ogonem o kamie�. - M�drze, �e nie zatru�a� jedzenia, matko, wi�c je zjem.

   Kobieta, kt�ra wykona�a parodi� mowy, wysun�a si� teraz do przodu i zanios�a tykw� z jedzeniem do Sodala. Zag��biwszy w niej d�o�, zacz�a go karmi�, wpychaj�c mu pe�ne gar�cie do mi�sistej g�by. Jad� ha�a�liwie i z apetytem; raz tylko przerwa�, by popi� wody.

   - Kim wy wszyscy jeste�cie? Czym jeste�cie? Sk�d jeste�cie? W jaki spos�b znikacie? - pyta�a Yattmur.

   Sodal Ye odpar� zniekszta�conym od prze�uwania g�osem: - Mo�e co� ci o tym powiem, a mo�e nie. Wiedz, �e tylko ta jedna niema kobieta potrafi, jak ty to nazywasz, "znika�". Daj mi zje��. B�d� cicho.

   Wreszcie sko�czy�. Na dnie tykwy pozostawi� troch� resztek, kt�re stanowi�y posi�ek dla trojga wyn�dznia�ych ludzi. Usun�wszy si� na stron� w swej �a�osnej skromno�ci, kobiety karmi�y przygarbionego towarzysza, kt�rego ramiona wci�� by�y unieruchomione, jak sparali�owane ponad g�ow�.

   - Teraz jestem got�w wys�ucha� twoj� histori� - oznajmi� Sodal - spr�buj� te� co� zrobi�, by ci pom�c, je�li to mo�liwe. Wiedz, �e pochodz� z najinteligentniejszej rasy na tej planecie. M�j rodzaj zaludni� wszystkie rozleg�e morza i wi�kszo�� znacznie mniej ciekawego l�du. Jestem prorokiem, Sodalem Najwy�szego Wtajemniczenia, i zni�� si�, by ci pom�c, je�eli uznam twoj� potrzeb� za dosy� interesuj�c�.

   - Twoja skromno�� jest godna podziwu - powiedzia�a Yattmur.

   - Ba! Co po skromno�ci, gdy Ziemia ma w�a�nie umrze�? Zaczynaj swoj� g�upi� powiastk�, matko, je�li masz zamiar j� w og�le rozpocz��.

nast�pny